niedziela, 7 listopada 2010

Krótka historia pewnego plemienia


Jaćwingowie, lud całkowicie wyjątkowy. Zamknięci między młotem a kowadłem, po latach pełnej poświęceń, desperackiej walki w obronie swojej tożsamości, przegrali wojnę z resztą świata i zniknęli z kart historii. Tragiczne dzieje tego plemienia - walczącego z Rusią, Krzyżakami i władcami Mazowsza, a jednocześnie nie potrafiącego trwale zjednoczyć się z pruskimi współplemieńcami przeciwko wspólnemu wrogowi - z jednej strony są przestrogą, a z drugiej w pewien dziwny sposób wabią i fascynują.

Niewiele uprawiali ziemi, zajmując się głównie hodowlą, łowiectwem, bartnictwem i... łupieniem sąsiadów. Zamieszkiwali miejsca trudno dostępne, gęste lasy, bagna, tereny między licznymi jeziorami i rzekami. Ulubili sobie przez to taktykę wojny szarpanej, leśne zasadzki i zwodzenie przeciwnika nie znającego terenu. Przez parę stuleci skutecznie walczyli ze wszystkimi, najeżdżając, a z czasem coraz częściej odpierając najazdy wzrastających w potęgę, schrystianizowanych państw ościennych: Rusi, Mazowsza i Zakonu Krzyżackiego.

Wreszcie, doprowadzeni do ostateczności i odcięci od świata, próbowali ratować się sojuszami z Rusią i Prusami. Nie zdało się to na wiele. Pod koniec XIII wieku, po przegranych powstaniach, resztki Jaćwingów zostały przesiedlone przez Zakon Krzyżacki na Sambię, gdzie uległy asymilacji z miejscową ludnością.

Spośród wszystkich Bałtów Jaćwingowie byli najmniej liczni, a jednocześnie najbardziej bitni. Współcześni im kronikarze chrześcijańscy, drżącym piórem opisywali ich jako bezlitosne, pozbawione człowieczeństwa, dzikie bestie. Późniejsi chwalili ich męstwo. Jan Długosz postawił ich (niczym Herodot starożytnych Germanów) w pozycji wzorcowych mitycznych wojowników, pisząc że dziesięciu z nich nie uciekało przed setką innych, lecz walczyli i zwyciężali, gnani szalonym pragnieniem sławy i pamięci u potomnych.

„Nie tknięci chrześcijaństwem” – Jak pisze Bruckner – wierzyli, że duchy ich, po chwalebnej śmierci powracają do świata, w nowych, szlachetniejszych postaciach, by żyć jeszcze lepiej, jeszcze bardziej godnie. Dlatego nie podawali pola. Woleli też, raczej poświęcać swoich jeńców, niż iść na układy z wrogiem. Legenda mówi, że do ostatniej bitwy, kierowani przepowiednią wyruszyli bez broni, aby zabrać ją sobie od zdumionego przeciwnika.


A oto zbrojny w sulicę i pawęż Perkunas, który przy okazji moich rozważań o Jaćwingach postanowił objawić się w rozlanym tuszu.

sobota, 6 listopada 2010

Grodzisko w Haćkach


Haćki to malowniczo położona wieś podlaska, pochodząca z pierwszej połowy XVI w. Jej okolica jest wyjątkowa pod względem przyrodniczym, ale przede wszystkim dzięki swojemu dziedzictwu archeologicznemu. Osadnictwo w tym miejscu datuje się od co najmniej wczesnej epoki żelaza po wczesne średniowiecze.
Znaleziono tu m. in. szereg zabytków brązowych, srebrnych i złotych, łączonych z kulturą przeworską, oraz ceramikę o proweniencji słowiańskiej.
Zalicza się Haćki do najstarszych stanowisk archeologicznych związanych z osadnictwem wczesnosłowiańskim.


Miejsce jest piękne i warto je odwiedzić, choćby ze względu na to, jak prezentuje się w różnych porach roku. Dwa, bardzo charakterystyczne wzniesienia wyraźnie odcinają się od płaskiego terenu, okolonego pierścieniem drzew. Pierwsze z nich jest pochodzenia naturalnego, drugie to grodzisko. Kurhan znajduje się nieco dalej, na południowy wschód, poza terenem widocznym ze szczytu grodziska.


Obozowaliśmy tam, wraz z paroma znajomymi, pewnej zimnej, październikowej nocy. Już po raz drugi, zresztą. Dzień był piękny i słoneczny, nocne niebo pełne gwiazd, a nad ranem dał nam w kość przymrozek.

środa, 6 października 2010

Ceramika stepowa



















W rekonstrukcji ważne jest by skompletować porządny strój. Lepiej skromniejszy, ale poprawnie wykonany niż przerysowany ozdobami, kiedy się nie posiada nawet porządnej miski. Ponieważ moje zainteresowanie stepem rośnie, postanowiłam zainwestować w porządny zestaw śniadaniowo - obiadowy. Przerzuciłam parę stronic prac S.A.Pletniewej "Na słowiańsko - chazarskim pograniczu" oraz "Średniowieczne zabytki euroazjatyckich stepów" i odnalazłam ryciny przedstawiające ceramikę interesującego mnie okresu.





























Wybrałam egzemplarze, które spodobały mi się najbardziej i na tej podstawie wykonałam rysunki z wymiarowaniem.






























Ponieważ nie mam możliwości wykonania ceramiki we własnym zakresie, pracę tą zleciłam fachowcom. Joanna i Krzysztof Dziewientkowscy stanęli na wysokoci zadania.

piątek, 24 września 2010

Kapelusz połowiecki

Dzięki zleceniu kolegi podjęłam się zrobienia męskiego kapelusza połowieckiego. Głównym źródłem na którym się wzorowałam były miniatury z "Kroniki radziwiłłowskiej".
Kapelusz miał bardzo charakterystyczną formę. Wysoki, z lekko zakrzywionym wierzchołkiem i rondem rozciętym nad symetrią czoła. Na podstawie źródeł i różnych opracowań można wywnioskować, że krzywizny bywały w kierunku przednim lub tylnim.















Wojsko Igora zagarnia wieże połowieckie.
Miniatura z Kroniki Radziwiłłowskiej.














Konie wojsk Igora wyczerpane pragnieniem opadają z sił. Miniatura z Kroniki Radziwiłłowskiej.












Połowcy biorą jeńców. Miniatura z Kroniki Radziwiłłowskiej.














Połowcy w wyścigu wg Chronicon Pictum

Kapelusz wykonany jest ze sfilcowanej owczej wełny. Rondo pozostawiłam w naturalnym kolorze, a na resztę konstrukcji przygotowałam wełnę w kolorze brązowym. Barwę taką uzyskałam dzięki wywarowi z jeszcze zielonych owoców orzecha włoskiego.



Zaczęłam od przygotowania płachty filcu, stanowiącej podstawę konstrukcji kapelusza. Dokładając kolejne warstwy czesanki nadałam ostateczną formę.








niedziela, 1 sierpnia 2010

Pawęż pruska – próba rekonstrukcji

Wynalezienie pawęży przypisuje się pogańskim Prusom. Trudno jednak ocenić kiedy dokładnie doszło do uformowania się tej specyficznej formy tarczy. Z pewnością przed XI wiekiem ludy bałtyjskie używały tarczy okrągłej, zaopatrzonej w umbo, co nie odróżniało ich od większości mieszkańców dawnego Barbaricum sprzed okresu przemian polityczno-kulturowych, związanych z tworzeniem się nowego porządku feudalnego. Tarcza okrągła, trzymana w garści za pomocą pojedynczego imacza, wywodziła się jeszcze ze starożytności i przeznaczona była głównie do walki pieszej. Na początku XI w. upowszechnia się na Rusi nowa forma tarczy o kształcie migdałowatym, której pierwowzorów można dopatrywać się na Bliskim Wschodzie.
Moja hipoteza i rekonstrukcja, zasadzają się na pomyśle, że tarcza migdałowa, która poprzez Bizancjum dotarła na Wschodnią Słowiańszczyznę, musiała też w którymś momencie zostać przejęta przez pogańskie ludy bałtyjskie, które od wieków toczyły wojny z sąsiednimi państwami chrześcijańskimi, między innymi z Rusią. Proces formowania się pawęży, jako syntezy pierwotnej tarczy okrągłej z nową migdałowatą tarczą ruską, mógł trwać parę wieków. I kiedy na początku XIII w. Zakon Krzyżacki napotkał na swojej drodze pogańskich Prusów, byli już oni uzbrojeni w nowy, nieznany nigdzie indziej rodzaj tarczy, który okazał się na tyle skuteczny, że włączono pawęż do uzbrojenia krzyżackiego.




Za takim biegiem rzeczy przemawiają rozmaite argumenty praktyczne, a także źródła ikonograficzne. Wydaje się więc prawdopodobne, że tarcza trzymana za pojedynczy imacz była dobrze przystosowana do pola walki porośniętego w większości lasem i trudno dostępnego dla ciężkozbrojnego wojownika. Sprzyjała ponadto trzymaniu w garści oszczepów, co odróżniało ją od tarcz mocowanych do ramienia pasami, tak jak to miało miejsce w przypadku tarczy migdałowatej. Prusowie którzy, jak donoszą źródła pisane, chętnie walczyli konno, z pewnością nie czynili tego na sposób typowy dla europejskiego rycerstwa.

Przedkładali więc raczej zręczny manewr, nad długą, rozciągniętą szarżę, oraz ostrzał i wycofanie nad walkę statyczną. Wiadomo też z wykopalisk archeologicznych, że korzystali w tej dziedzinie również z rozwiązań swoich wieloletnich wrogów i sojuszników ruskich. Tarcza migdałowata, o ile doskonale nadawała się do walki konnej, mniej już była poręczna w terenie leśnym, czy w zasadzce, podczas której często dochodziło do walki przy pomocy krótkiej, lekkiej włóczni, czy oszczepu.


Wady te mogło zrekompensować zastosowanie w niej centralnego imacza oraz prostej rynienki, mającej zastąpić umbo, która to rynienka umożliwiała jednoczesne, wygodne trzymanie tarczy i np. paru oszczepów w lewej ręce. Pierwotne pawęże przedstawione w ikonografii ruskiej (Latopis Radziwiłłowski) oraz na pieczęciach władców Mazowsza mają więc kształt zbliżony do „ściętej” u dołu tarczy migdałowatej. W późniejszych pawężach, znanych z Europy Zachodniej, Polski i Państwa Krzyżackiego dominuje raczej kształt prostokątny.
Mimo braku wśród zabytków pawęży pruskiej, przyjąłem, wzorując się na ikonografii ruskiej, kształt migdałowaty, ścinając jednocześnie ostre zakończenie tarczy u dołu, które jak się wydaje, w warunkach terenu zalesionego, jedynie zawadzało podczas (zwłaszcza konnej) walki.
Zdecydowałem się na użycie w rekonstrukcji drewna sosnowego, które znane jest ze znalezisk wcześniejszych tarcz okrągłych. Wydało mi się ono co najmniej tak samo uzasadnione na gruncie pruskim jak, używana do konstrukcji tarcz w Europie chrześcijańskiej, lipa.


Drewnianą rynienkę, biegnącą wzdłuż osi tarczy wyrzeźbiłem z jednego kawałka sosnowego pnia za pomocą dłuta i wykończyłem strugiem. Po obu stronach dokleiłem za pomocą kleju kostnego odpowiednio docięte i dopasowane deski sosnowe o grubości 16 do 20 mm. Całość okleiłem płótnem lnianym również używając do tego celu kleju kostnego.


Przy konstrukcji imacza sugerowałem się zachowanymi, głównie piętnastowiecznymi, egzemplarzami pawęży z Polski i Europy Zachodniej. Zastosowałem więc surową skórę wołową, przymocowaną do tarczy w trzech miejscach za pomocą kutych gwoździ. Stwardniały po wyschnięciu imacz okręciłem dratwą. Przy malowaniu frontu postanowiłem zachować stylistykę ruską, starając się jednocześnie unikać symboliki chrześcijańskiej. Użyłem naturalnych farb temperowych na bazie jajecznej.
Tarcza okazała się być dosyć ciężka, co nie dziwi zważając na jej grubość. Ponadto, wyschnięty imacz skurczył się i znalazł zbyt blisko desek, przez co uchwyt nie jest zbyt wygodny. Mimo popełnionych przeze mnie błędów w rekonstrukcji, przyjęta forma tarczy sprawia wrażenie dosyć poręcznej i funkcjonalnej (tekst: Bjorn, zdjęcia: Grid).

czwartek, 15 lipca 2010

Polowanie w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Było już popołudnie, albo może nawet podwieczór, kiedy dał się wyczuć w powietrzu specyficzny fetor. Gad był w pobliżu i tak wytrawni jak my myśliwi, nie mogli mieć wątpliwości co do jego natury. Nocując z grupą podróżnych, kupców i kmieci, już po zmroku, natknęliśmy się na trzech, podobnych nam doświadczeniem łowców. Jak się okazało, również oni pewni byli obecności w okolicy wielkiego gada. A kiedy trafia swój na swego, wielu słów nie potrzeba. I tak, świeżo zawiązana grupa, uzbrojona w doskonałą broń drzewcową, zapał i instynktowną wiedzę, odziedziczoną po niezliczonych pokoleniach ludzi lasu, już następnego ranka wyruszyć miała na poszukiwania bestii.
Tymczasem jednak, na sposób podobny starożytnym ascetom i dawnym wojownikom, należało odłożyć wieczorne uciechy, którym beztrosko oddawała się zebrana przy ognisku gawiedź. Łowcy postanowili zrzucić z ciała zmęczenie podróżą i przed polowaniem wyspać się należycie, korzenie drzew i gładkie kamienie biorąc sobie za posłanie.
Skoro świt rozpoczęto poszukiwania bestii. Na początek piątka myśliwych, wiedziona niezawodnym węchem, udała się wprost do - jak się wydawało - gniazda potwora. Wielkie było zdziwienie, kiedy oczom naszym ukazała się całkiem przyjaźnie i niewinnie wyglądająca gospoda. Nad wejściem kusząco kołysał się szyld, przedstawiający radośnie pluskającą w wodzie rybkę. Pomyślałem wtedy, że nie z nami takie numery.
Karczmarz z początku nie chciał pisnąć ani słowa o gadzinie (choć jej panujący wokół zapach mógłby wykrzywić oblicze wytrawnego kanalarza). Po kilku próbach, którym poddał go nasz specjalista od pozyskiwania wiadomości (przy jego zabiegach ordalia starożytnych Germanów, to zabawa niewinnych otroków), gospodarz zdecydował się wreszcie mówić. „Za źródełkiem!” – Wysapał. A nam nie potrzeba było więcej. Ruszyliśmy.
Rzecz jasna przed dalszą drogą, na dymiących zgliszczach karczmy, należało wypić strzemiennego.

Przemierzaliśmy pełne robactwa wilgotne jary i niebezpieczne, ciemne wąwozy. Przeczesywaliśmy jaskinie i cuchnące groty z ohydnymi malunkami na ścianach, wykonanymi, jak się zdaje, drżącą w ciemnościach ręką artysty, zniewolonego przez jakiś przedwieczny, matriarchalny system władzy.





Zaglądaliśmy pod każdy kamień i każde źdźbło trawy. Po drodze, od niechybnej śmierci z nudów, uratowaliśmy kilka owiec i kóz, pasących się bezpańsko. W okolicznych gospodach walczyliśmy o uczciwe ceny za podłe, ciepłe piwo, zaś to dobre - zimne i smaczne - nagradzaliśmy godnie.


Wreszcie, naszym oczom ukazało się rozgrzane lipcowym słońcem jezioro, nad którego brzegiem wznosiła się olbrzymia skała. U jej podnóża czerniło się prowokująco, niewielkie wejście do jaskini. Zapach dochodził stamtąd tak nieznośny, że dalszych wątpliwości być nie mogło: Gad leżał w środku, odpoczywając po posiłku, na który złożyły się, z całą pewnością, okoliczne dziewice.
Przystąpiliśmy do wywoływania potwora z leża, krzycząc w stronę jaskini i lżąc bestię ze wszystkich sił. Użyliśmy w tym celu całej potęgi naszej wyobraźni.
Reakcji jednak nie było.
Zdecydowaliśmy się więc podpalić wejście ogniem, po czym ustawiliśmy się przed grotą, oręż trzymając w pogotowiu.
Nagle, ze środka buchnął fetor tak straszliwy, że omal nie padliśmy trupem.
Skała odwróciła się i ukazała nam swoje potworne oblicze...
Powiedzieć, że bój był ciężki - to mało. Był on, niczym przepowiadana w pismach przeprawa między złem, a dobrem, podczas której niebiosa się gotują, a rzeki pierzchają za horyzont. Wspomnę tylko, że walczyliśmy dzielnie, by wieczorem, już w drodze powrotnej, obładowani trofeami i łupem, znów ujrzeć znajomą karawanę z pielgrzymami.

Mimo iż tego wieczora pozwoliliśmy sobie na chwilę wytchnienia przy gąsiorku, już z samego rana musieliśmy jeszcze raz, bez słowa wyruszyć. Okazało się bowiem, że nie znosząca pustki natura wezwała kolejną potworę. Tym razem znacznie już mniejszego i nie grzeszącego mądrością bazyliszka, którego zmyślnie dopadliśmy w zaskakująco szybko odbudowanej po naszej poprzedniej wizycie, karczmie „Pod rybką”.
By karczmarz nie cierpiał z powodu naszego widoku, postanowiliśmy udawać trupę zdrożonych, wędrownych artystów-pieśniarzy. Mimo wczesnych godzin rannych udało się więc wywabić go z łoża, bez groźby poszczucia nas psami. A nim minęło południe, bazyliszek - wzięty fortelem - był już martwy. My zaś mogliśmy wreszcie udać się na zasłużony odpoczynek.

Opowiedziałem o wszystkim jak było i nie pomieszałem kolejności zdarzeń.

Ze względów bezpieczeństwa nazwy pomników przyrody, osób, oraz miejsc użyteczności publicznej zostały ukryte, bądź zmienione.

Udział wzięli łowcy gadzin: Bjorn, Bliźniak, Grid, Irek, Mścidróg)
(tekst: Bjorn, zdjęcia: Grid).

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Projekt Ułus

Projekt zrzesza ludzi zajmujących się odtwórstwem okresu XII-XIII w. i dotyczy terenów Wielkiego Stepu, Azji Mniejszej, oraz Bliskiego Wschodu. Do projektu zostaliśmy zaproszeni przez jego twórców (Ułus Polska). Wpasowałam się w jego założenia ze swoim zamiłowaniem do Połowców – ludu pochodzenia ałtajskiego, natomiast Bjorn, w kulturę koczowniczą, zostaje coraz intensywniej i podstępniej wciągany. Zobaczymy w przyszłości z jakim skutkiem.
Praca nad strojem, sprzętem obozowym i bronią trwa od kilku miesięcy i pewnie cały czas będę ją kontynuować i ulepszać efekty.
Nareszcie postanowiliśmy się spotkać i zweryfikować nasze starania w rzeczywistości. Skutkiem tego było wspólne obozowanie nieopodal Legnicy, gdzie czas spędziliśmy przy jagnięcinie popijanej kumysem i innymi stepowymi wynalazkami. Niesamowitych wrażeń dostarczyły nam dźwięki wschodnich instrumentów i charakterystycznego gardłowego śpiewu. Dzięki temu doskonale udało się odtworzyć klimat ludów koczowniczych. Popisy kulinarne kolegów zapewniły nowe wrażenia podniebieniu i pokazały ogromne zalety ówczesnej kuchni azjatyckiej.
Wysoki poziom założeń i realizacji projektu gwarantuje rozwój na przyszłość.

niedziela, 9 maja 2010

Łucznik wczesnośredniowieczny

Przedstawiona wizja stroju łucznika wczesnośredniowiecznego w większej mierze podparta jest ikonografią X-XII wieczną z terenów Europy Środkowo-Wschodniej, lecz także germańskiego Zachodu, który mocno oddziaływał w owym czasie przede wszystkim na ziemie polskie. Strój i ekwipunek, który widać na zdjęciach jest raczej pewną wypadkową wzorców wspólnych dla kultury europejskiej wczesnego średniowiecza w jej warstwie plemiennej, przedpaństwowej. Brak tutaj elementów ściśle etnicznych, które charakteryzować mogły różnice między chociażby Słowianami zachodnimi a Bałtami.

Wyjątkiem mogą być kute i rogowe groty strzał, osadzone na brzechwie za pomocą tulei, nie zaś przy pomocy trzpienia, co było jednym z elementów odróżniających europejskie kultury osiadłe od koczowniczych ludów azjatyckich oraz pozostających pod ich wpływem Europejczyków.
Prosty jesionowy łuk, używany w całej ówczesnej Europie, we wschodniej jej części z czasem ustąpił miejsca bardziej wydajnemu i poręczniejszemu, lecz także znacznie trudniejszemu w produkcji łukowi refleksyjnemu, genetycznie wywodzącemu się z Azji. Moja rekonstrukcja dotyczy jednak plemiennej warstwy ludności, która korzeniami duchowymi i materialnymi tkwiła jeszcze głęboko w epoce przedfeudalnej, z trudem przyjmowała wpływy obce i była raczej tradycjonalna.

Po dodaniu pewnych charakterystycznych dla danego etnosu elementów, może to być więc strój pruskiego myśliwego, czy mazowszańskiego wojownika, jakich wielu zasilało wojska pierwszych Piastów, a nawet Słowianina wschodniego, zamieszkującego oddalone od centrów cywilizacyjnych i zagubione w dziczy pogranicza.



Sposób zawieszania kołczana na dodatkowym pasku u boku, często występujący w ikonografii przedstawiającej łuczników pieszych, jest w moim odczuciu dosyć funkcjonalny w sytuacji prowadzenia ostrzału, jednak podczas pieszej wędrówki połączonej nieraz z pokonywaniem trudnego terenu i koniecznością użycia topora do torowania sobie przejścia, znacznie lepiej sprawdza się troczenie go do pleców. (fotografie: Grid)

piątek, 19 marca 2010

Próba rekonstrukcji nakrycia głowy kobiety połowieckiej

Moja fascynacja ludami Wielkiego Stepu jest ogromna. Wciąż poszukuję materiałów, informacji, pochłaniam każde zdanie z książek dotyczących tej tematyki. Pragnę zbliżyć się do kultury koczowników poprzez rekonstrukcję przedmiotów codziennego użytku, strój, rzemiosło. Licząc się jednak ze swoimi możliwościami zaczynam od podstawowego pytania: jak powinna wyglądać kobieta połowiecka w okresie XI, XII, XIIIw.
Znalezisk i źródeł pisanych jest niewiele. Najlepszym wzorem i obiektem do badań stały się tzw. baby połowieckie będące reliktem przeszłości tego ludu. Na tej podstawie oraz informacji w pracach naukowców (S. A. Pletniewa, L. Gumiłow) pokusiłam się o własną interpretację okrycia głowy.
Wykonałam kapelusz filcowy z niewielkim zagiętym rondem, zakrywający mniej więcej połowę głowy. Nad rondem umieściłam filcowe zdobienie z geometrycznym wzorem. Do kapelusza przmocowałam filcowe warkocze. Kolor całego kapelusza pozostał naturalny. Zdecydowałam się jedynie na pofarbowanie wełny czesankowej przeznaczonej do wykonania wzoru. Może pomysł jest nieco kontrowersyjny, gdyż za barwnik posłużyły łupinki cebuli. Jak wiadomo pochodzenie cebuli jest do tej pory nieznane. Niektórzy twierdzą, że to tereny środkowej Azji inni, że Iranu, Pakistanu i Zachodu. Niemniej zastosowanie cebuli potwierdza wiele dokumentów dotyczących medycyny, sztuki czy nawet mumifikacji.
Nie jestem pewna trafności mojej interpretacji, ale każda próba uczy mnie czegoś nowego.

sobota, 27 lutego 2010

DREGOWIA. Czym była, czym jest

Sama nazwa powstała około roku 2002 i początkowo dotyczyła zmyślonej krainy, bardziej fantastycznej niż historycznej. Chodziło o nawiązanie do czegoś bliskiego i swojskiego a jednocześnie odległego w czasie. Padło na Dregowiczów, wschodniosłowiańskie plemię, które nie chciało płacić podatków kijowskim kniaziom. Dregowicze mieszkali na tej samej ziemi, na której się urodziłem i wyrosłem, czyli na Podlasiu. I to był element swojski. Ten drugi, odległy, polegał na tym, że Dregowicze żyli dysyć dawno temu i stosunkowo niewiele o nich wiadomo.
Oba te wątki pozwoliły na uczynienie z Dregowii, krainy trochę historycznej, trochę mitycznej, nie do końca określonej i przez to jakby bardziej żywej.
Potem, stopniowo, razem z krystalizowaniem się różnych pomysłów związanych z tzw. odtwórstwem historycznym, nazwa przeszła na grupę rekonstrukcyjną, którą założyły trzy osoby: Grid, Brodar i ja. Doszło do tego jesienią roku 2003 w knajpie o intrygującej nazwie „Ryczące Czterdziestki”. Uzgodniliśmy wtedy, że będziemy odtwarzać wyłącznie Słowian i to Słowian wschodnich, dokładniej Dregowiczów. Pełna nazwa naszej grupy brzmiała Drużyna Wojów Słowiańskich DREGOWIA. Za drobiazg uznaliśmy fakt, że wojów w owej drużynie było wtedy zaledwie dwóch (wszak nawet templariusze zaczynali od dwójki).
Trzeba tu wspomnieć, że wszystko to miało miejsce pół roku po rozpadzie poprzedniej grupy, nieco liczniejszej i nieco odmiennej stylistycznie, która to grupa nazywała się Drużyna Wojów „Złoty Jesion”. Wszelkie skojarzenia z jesienią, czy domami spokojnej starości są w tym miejscu nietrafione. Było dokładnie przeciwnie, a sam złoty jesion stanowił nawiązanie do germańskiego Drzewa Życia, Iggdrasilu, gdyż w tamtym okresie staraliśmy się „odtwarzać” wikingów. Słowo „odtwórstwo” jest wzięte w cudzysłów z tego względu, że choć nasza ówczesna działalność była z pewnością wielowymiarowa, to jednak do aktów rekonstrukcji, mimo najszczerszych naszych chęci dochodziło przypadkowo i raczej sporadycznie. Było za to dużo szczęku oręża, muzyki, piwa i dwudziestoletnich emocji.
W Dregowii mieliśmy ambicje aby poważnie zająć się odtwórstwem historycznym. Szybko okazało się, że proces przemiany nie będzie przebiegał gładko i bezboleśnie, gdyż należało pozbyć się wielu głęboko zakorzenionych przeświadczeń i mitów. Trwało to ponad sześć lat, podczas których skład grupy zmieniał się wielokrotnie, nigdy jednak nie przekroczył magicznej liczby pięć. W tym miejscu chciałbym zamieścić kilka zdjęć ludzi, którzy się przez Dregowię przewinęli i być może zrobię to, kiedy tylko odzyskam to, co mi diabli zabrali, lub co zaginęło w odmętach maszyny przy pomocy której piszę te słowa…
W okresie owych sześciu lat przeżyliśmy kilka przygód, odwiedziliśmy kilka miejsc i ogólnie rzecz biorąc, poza wszystkimi próbami rekonstrukcyjnymi, które podejmowaliśmy, zabawiliśmy się nieco. O większości naszych wojaży można było dowiedzieć się z istniejącej do niedawna strony internetowej, z której pozostał dziś jedynie ten skromny blog oraz cała masa zdjęć, które od czasu do czasu będziemy tutaj umieszczać.
Dziś Dregowia nie jest już tym, czym była dawniej i kto wie, w którą stronę teraz zmierza. Faktem jest, że nie nazywamy już siebie drużyną wojów a do rekonstrukcji podchodzimy w sposób nieco odmienny, może nieco bardziej eksperymentalny. Myślę że nie wprowadzę czytelnika w błąd, kiedy powiem mało skromnie, że przesunęliśmy odrobinę środek ciężkości. Znalazł się on teraz trochę bliżej rekreacji i rekonstrukcji zaś trochę dalej od tego, co się dziś zwykło określać brzydkim, obcym słowem „lans”.

Na koniec link do filmu z roku 2007, w którym próbowaliśmy pokazać coś, co nam w sercu grało.



I do drugiego, bliżej związanego z projektem T.K.M. i rok późniejszego, uczynionego w nieco innym składzie.

niedziela, 24 stycznia 2010

Gastronomia

Gastronomia jest nieodłącznym elementem rekreacji historycznej. Miski, łyżki, kubki, garnce i garnuszki, a także kotły, patelnie, rogi , noże i szpikulce stanowią stały element wyposażenia każdego obozu. Oznacza to, że jedzenie i picie należy do najważniejszych czynności podejmowanych podczas wypraw, obozów, spotkań militarnych, warsztatowych, a także festiwali. Odrębną kategorię imprez stanowią wszelkiego rodzaju zamknięte dla publiki biesiady, gdzie spożywanie potraw, a zwłaszcza trunków to element najistotniejszy, centralny punkt programu, wokół którego skupia się cała niemal aktywność uczestników i życie towarzyskie. Dregowia nigdy nie była od tej reguły wyjątkiem. Więcej nawet, w niektórych formach działalności biesiadniczej przejawialiśmy zawsze nadzwyczajny entuzjazm i zapał.
Ktoś mógłby zadać sobie pytanie, z czego wynika owo wyjątkowe oddanie?
Otóż, bierze się ono z uświadomienia sobie szczególnego, religijnego wręcz charakteru historycznej rekreacji. Biesiada bowiem, to nie tylko spotkanie grupy istot żywych, które wspólnie dzielą się pokarmem i napojem, czasem wręcz pławiąc się w nim i pozornie zbliżając tym samym do zwierząt niższych. O nie! Biesiada to dużo więcej, niż przypadkowy widz mógłby sobie pomyśleć, nie mając świadomości tego, co się na jego oczach odbywa. Biesiada to misterium.

Odbywająca się w pewnych specjalnych okolicznościach uczta ma na celu przeniesienie biesiadników w inny sposób bytowania. Podczas uczty światy przenikają się, zaś jej uczestnicy wyłączeni zostają z porządku codziennego, podlegając na czas biesiadowania porządkowi sakralnemu. Symbolicznym wyrazem tego związku miedzy mocą, upojeniem i zaświatami jest „czasza”, kielich, dawniej faktycznie czaszka pokonanego wroga, z której wypijano jego krew. Potem stopniowo dowolne naczynie, za pomocą którego wznoszono toast. Czasza, a także kocioł stanowi więc w dawnym systemie wierzeń symbol magicznej mocy duchowej związanej z życiem, śmiercią i wojną. Jako naczynie poezji zaś, umożliwia obcowanie z bogami i duchami.

Jest więc gastronomiczna aktywność pewnym wehikułem, transportującym ducha biesiadników w świat, w którym znikają uwarunkowania miejsca i czasu, pojawiają się natomiast te, wynikające ze zsynchronizowanej w grupie dynamiki wyobraźni. Rekreacja historyczna, wykorzystując owo starożytne misterium, staje się więc pewną formą działalności religijno-magicznej, nabierając tym samym cech ponadczasowych, do czego zresztą podświadomie dąży, mimo pozornie paradoksalnego skupienia się na jednym, konkretnym, ściśle określonym momencie przeszłości.
Nie będzie wcale przesadą, kiedy powiemy, że w Dregowii (skoro była ona od zarania swojego istnienia, ukierunkowana na pewien pierwiastek mistyczny, zwany przez niektórych, nieco nieprecyzyjnie i myląco, „klimatem”) każda niemal działalność rekreacyjna podejmowana jest w sposób uroczysty i nazywana może być biesiadą, gdy tylko pod pojęciem tym odczytujemy wyżej przedstawioną treść.
Niech więc nie dziwią się postronni oglądacze, widząc nas skupionych nad kociołkami, garncami i misami, których mnogość na naszych zdjęciach jest sygnałem szczególnej i tajemniczej treści.

Nalywajmo brattia w krysztalewi czaszi!