niedziela, 24 stycznia 2010

Gastronomia

Gastronomia jest nieodłącznym elementem rekreacji historycznej. Miski, łyżki, kubki, garnce i garnuszki, a także kotły, patelnie, rogi , noże i szpikulce stanowią stały element wyposażenia każdego obozu. Oznacza to, że jedzenie i picie należy do najważniejszych czynności podejmowanych podczas wypraw, obozów, spotkań militarnych, warsztatowych, a także festiwali. Odrębną kategorię imprez stanowią wszelkiego rodzaju zamknięte dla publiki biesiady, gdzie spożywanie potraw, a zwłaszcza trunków to element najistotniejszy, centralny punkt programu, wokół którego skupia się cała niemal aktywność uczestników i życie towarzyskie. Dregowia nigdy nie była od tej reguły wyjątkiem. Więcej nawet, w niektórych formach działalności biesiadniczej przejawialiśmy zawsze nadzwyczajny entuzjazm i zapał.
Ktoś mógłby zadać sobie pytanie, z czego wynika owo wyjątkowe oddanie?
Otóż, bierze się ono z uświadomienia sobie szczególnego, religijnego wręcz charakteru historycznej rekreacji. Biesiada bowiem, to nie tylko spotkanie grupy istot żywych, które wspólnie dzielą się pokarmem i napojem, czasem wręcz pławiąc się w nim i pozornie zbliżając tym samym do zwierząt niższych. O nie! Biesiada to dużo więcej, niż przypadkowy widz mógłby sobie pomyśleć, nie mając świadomości tego, co się na jego oczach odbywa. Biesiada to misterium.

Odbywająca się w pewnych specjalnych okolicznościach uczta ma na celu przeniesienie biesiadników w inny sposób bytowania. Podczas uczty światy przenikają się, zaś jej uczestnicy wyłączeni zostają z porządku codziennego, podlegając na czas biesiadowania porządkowi sakralnemu. Symbolicznym wyrazem tego związku miedzy mocą, upojeniem i zaświatami jest „czasza”, kielich, dawniej faktycznie czaszka pokonanego wroga, z której wypijano jego krew. Potem stopniowo dowolne naczynie, za pomocą którego wznoszono toast. Czasza, a także kocioł stanowi więc w dawnym systemie wierzeń symbol magicznej mocy duchowej związanej z życiem, śmiercią i wojną. Jako naczynie poezji zaś, umożliwia obcowanie z bogami i duchami.

Jest więc gastronomiczna aktywność pewnym wehikułem, transportującym ducha biesiadników w świat, w którym znikają uwarunkowania miejsca i czasu, pojawiają się natomiast te, wynikające ze zsynchronizowanej w grupie dynamiki wyobraźni. Rekreacja historyczna, wykorzystując owo starożytne misterium, staje się więc pewną formą działalności religijno-magicznej, nabierając tym samym cech ponadczasowych, do czego zresztą podświadomie dąży, mimo pozornie paradoksalnego skupienia się na jednym, konkretnym, ściśle określonym momencie przeszłości.
Nie będzie wcale przesadą, kiedy powiemy, że w Dregowii (skoro była ona od zarania swojego istnienia, ukierunkowana na pewien pierwiastek mistyczny, zwany przez niektórych, nieco nieprecyzyjnie i myląco, „klimatem”) każda niemal działalność rekreacyjna podejmowana jest w sposób uroczysty i nazywana może być biesiadą, gdy tylko pod pojęciem tym odczytujemy wyżej przedstawioną treść.
Niech więc nie dziwią się postronni oglądacze, widząc nas skupionych nad kociołkami, garncami i misami, których mnogość na naszych zdjęciach jest sygnałem szczególnej i tajemniczej treści.

Nalywajmo brattia w krysztalewi czaszi!

czwartek, 21 stycznia 2010

T.K.M. czyli Tarczownicy Księcia Miecława

Tarczownicy Księcia Miecława to idea, która wyskoczyła nam z głów w lutym 2007 roku i niebawem, bo już po paru miesiącach, zmaterializowała się pod postacią projektu rekonstrukcyjnego. Pomysł był bardzo nowatorski. Nazwa nawiązywała do na poły legendarnej postaci, samozwańczego księcia Miecława, który w czasie chaosu jaki nastał w Państwie Piastów po śmierci Mieszka II i najeździe czeskiego ksiącia Brzetysława, przejął w latach 1037-1047 władzę na Mazowszu. Mazowsze było wówczas krainą dziką, gdzie płynąca z zachodu kultura łacińska i jej ideologiczna podbudowa, chrześcijaństwo, nie zdołały się jeszcze zadomowić, ani tym bardziej wyprzeć dawnych wierzeń i tradycyjnego sposobu życia zamieszkujących te ziemie plemion. Miecław nie wahał się więc sprzymierzać z pogańskimi Prusami i Pomorzanami, by bronić swojego zagrożonego z wielu stron państwa. Ostatecznie, w roku 1047 został jednak pokonany przez powracającego do kraju Kazimierza Odnowiciela, wspieranego przez Niemców i Ruś. Książę Miecław wyrażał pewną symboliczną treść, z której pragnęliśmy uczynić podstawę formowanej przez nas grupy.

Zamierzeniem naszym była próba odtworzenia pieszego oddziału plemiennych wojowników mazowszańskich z początku XI wieku. Inspiracji dostarczyła głównie kronika Galla Anonima, który wielokrotnie rozróżniał wojów pancernych (loricati) i tarczowników (clipeati), dla których najważniejszą częścią uzbrojenia jest tarcza, szczyt. Symbolika związana z tarczą stała się więc kolejnym elementem składowym TKM. Trzeci ważny element tej wizji stanowiła walka partyzancka, taktyka oparta na zaskoczeniu, zasadzce i przyjmowaniu starcia w trudnym terenie, gdzie lekkozbrojni wojownicy mogą mierzyć się z przeciwnikiem przeważającym liczebnie i wyposażonym w doskonalszą broń.

Idee te zaowocowały powstaniem grupy, która w swoich założeniach miała być otwartym ogólnopolskim przedsięwzięciem rekonstrukcyjnym. Wielkim ułatwieniem dla tego rodzaju działalności miało być utworzenie dla TKM specjalnego działu na ogólnopolskim forum rekonstrukcji wczesnego średniowiecza http://halla.mjollnir.pl/ , gdzie mogliśmy przedstwiać swoje pomysły i konfrontować je z poglądami innych miłośników kultury wczesnośredniowiecznej.

Bronią, na której skupiliśmy największą uwagę była włócznia, oręż ze względu na swoją powszechność najbardziej odpowiedni dla plemiennego wojownika, a przy tym piękny i obudowany prastarą symboliką. Z drugiej strony włócznia to dla współczesnego rekonstruktora broń wyjątkowo kontrowersyjna ze względu na ryzyko, które niesie ze sobą jej użycie w walce, czy nawet zwykłym pokazie. Trudność władania włócznią potęgował dodatkowo jednoręczny sposób jej trzymania. Czegoś takiego na imprezach historycznych nie widywano. Postanowiliśmy więc stawić czoła wyzwaniu i osiągnęliśmy na tym polu sukces. Ćwiczyliśmy wtedy nawet cztery dni w tygodniu po parę godzin. Po kilku miesiącach udało nam się osiągnąć znaczną biegłość we władaniu tą bronią. Wypracowaliśmy dość bezpieczny sposób walki włócznią trzymaną jednorącz i zabezpieczoną jedynie przez stępione na szczycie ostrze. Sposób ten wymaga jednak znacznej samokontroli.

Poniżej mała próbka naszych umiejętności (prezentacja walki do pierwszego trafienia w korpus lub nogi) podczas majówki archeologicznej w Chodliku koło Lublina, w maju 2007 roku.



Od początku działania T.K.M. jasne było, że głównym polem działalności grupy nie będzie życie festiwalowe, pokazy i pewnego rodzaju aktywność sezonowa. Ten sposób wyrazu okazywał się już wówczas nieadekwatny do naszych celów. Zamiast tego otwieraliśmy się na kontakt z przyrodą (zwłaszcza z lasem), wędrówki piesze, obozowanie oraz zamknięte dla widzów spotkania o charakterze militarnym. Dzięki tym działaniom miał być osiągnięty cel - rekonstrukcja pewnych aspektów dawnej kultury i jej intensywne subiektywne przeżycie w ramach pewnej otwartej wspólnoty, grupy rekonstrukcyjnej.