czwartek, 15 lipca 2010

Polowanie w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej

Było już popołudnie, albo może nawet podwieczór, kiedy dał się wyczuć w powietrzu specyficzny fetor. Gad był w pobliżu i tak wytrawni jak my myśliwi, nie mogli mieć wątpliwości co do jego natury. Nocując z grupą podróżnych, kupców i kmieci, już po zmroku, natknęliśmy się na trzech, podobnych nam doświadczeniem łowców. Jak się okazało, również oni pewni byli obecności w okolicy wielkiego gada. A kiedy trafia swój na swego, wielu słów nie potrzeba. I tak, świeżo zawiązana grupa, uzbrojona w doskonałą broń drzewcową, zapał i instynktowną wiedzę, odziedziczoną po niezliczonych pokoleniach ludzi lasu, już następnego ranka wyruszyć miała na poszukiwania bestii.
Tymczasem jednak, na sposób podobny starożytnym ascetom i dawnym wojownikom, należało odłożyć wieczorne uciechy, którym beztrosko oddawała się zebrana przy ognisku gawiedź. Łowcy postanowili zrzucić z ciała zmęczenie podróżą i przed polowaniem wyspać się należycie, korzenie drzew i gładkie kamienie biorąc sobie za posłanie.
Skoro świt rozpoczęto poszukiwania bestii. Na początek piątka myśliwych, wiedziona niezawodnym węchem, udała się wprost do - jak się wydawało - gniazda potwora. Wielkie było zdziwienie, kiedy oczom naszym ukazała się całkiem przyjaźnie i niewinnie wyglądająca gospoda. Nad wejściem kusząco kołysał się szyld, przedstawiający radośnie pluskającą w wodzie rybkę. Pomyślałem wtedy, że nie z nami takie numery.
Karczmarz z początku nie chciał pisnąć ani słowa o gadzinie (choć jej panujący wokół zapach mógłby wykrzywić oblicze wytrawnego kanalarza). Po kilku próbach, którym poddał go nasz specjalista od pozyskiwania wiadomości (przy jego zabiegach ordalia starożytnych Germanów, to zabawa niewinnych otroków), gospodarz zdecydował się wreszcie mówić. „Za źródełkiem!” – Wysapał. A nam nie potrzeba było więcej. Ruszyliśmy.
Rzecz jasna przed dalszą drogą, na dymiących zgliszczach karczmy, należało wypić strzemiennego.

Przemierzaliśmy pełne robactwa wilgotne jary i niebezpieczne, ciemne wąwozy. Przeczesywaliśmy jaskinie i cuchnące groty z ohydnymi malunkami na ścianach, wykonanymi, jak się zdaje, drżącą w ciemnościach ręką artysty, zniewolonego przez jakiś przedwieczny, matriarchalny system władzy.





Zaglądaliśmy pod każdy kamień i każde źdźbło trawy. Po drodze, od niechybnej śmierci z nudów, uratowaliśmy kilka owiec i kóz, pasących się bezpańsko. W okolicznych gospodach walczyliśmy o uczciwe ceny za podłe, ciepłe piwo, zaś to dobre - zimne i smaczne - nagradzaliśmy godnie.


Wreszcie, naszym oczom ukazało się rozgrzane lipcowym słońcem jezioro, nad którego brzegiem wznosiła się olbrzymia skała. U jej podnóża czerniło się prowokująco, niewielkie wejście do jaskini. Zapach dochodził stamtąd tak nieznośny, że dalszych wątpliwości być nie mogło: Gad leżał w środku, odpoczywając po posiłku, na który złożyły się, z całą pewnością, okoliczne dziewice.
Przystąpiliśmy do wywoływania potwora z leża, krzycząc w stronę jaskini i lżąc bestię ze wszystkich sił. Użyliśmy w tym celu całej potęgi naszej wyobraźni.
Reakcji jednak nie było.
Zdecydowaliśmy się więc podpalić wejście ogniem, po czym ustawiliśmy się przed grotą, oręż trzymając w pogotowiu.
Nagle, ze środka buchnął fetor tak straszliwy, że omal nie padliśmy trupem.
Skała odwróciła się i ukazała nam swoje potworne oblicze...
Powiedzieć, że bój był ciężki - to mało. Był on, niczym przepowiadana w pismach przeprawa między złem, a dobrem, podczas której niebiosa się gotują, a rzeki pierzchają za horyzont. Wspomnę tylko, że walczyliśmy dzielnie, by wieczorem, już w drodze powrotnej, obładowani trofeami i łupem, znów ujrzeć znajomą karawanę z pielgrzymami.

Mimo iż tego wieczora pozwoliliśmy sobie na chwilę wytchnienia przy gąsiorku, już z samego rana musieliśmy jeszcze raz, bez słowa wyruszyć. Okazało się bowiem, że nie znosząca pustki natura wezwała kolejną potworę. Tym razem znacznie już mniejszego i nie grzeszącego mądrością bazyliszka, którego zmyślnie dopadliśmy w zaskakująco szybko odbudowanej po naszej poprzedniej wizycie, karczmie „Pod rybką”.
By karczmarz nie cierpiał z powodu naszego widoku, postanowiliśmy udawać trupę zdrożonych, wędrownych artystów-pieśniarzy. Mimo wczesnych godzin rannych udało się więc wywabić go z łoża, bez groźby poszczucia nas psami. A nim minęło południe, bazyliszek - wzięty fortelem - był już martwy. My zaś mogliśmy wreszcie udać się na zasłużony odpoczynek.

Opowiedziałem o wszystkim jak było i nie pomieszałem kolejności zdarzeń.

Ze względów bezpieczeństwa nazwy pomników przyrody, osób, oraz miejsc użyteczności publicznej zostały ukryte, bądź zmienione.

Udział wzięli łowcy gadzin: Bjorn, Bliźniak, Grid, Irek, Mścidróg)
(tekst: Bjorn, zdjęcia: Grid).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz