niedziela, 7 listopada 2010

Krótka historia pewnego plemienia


Jaćwingowie, lud całkowicie wyjątkowy. Zamknięci między młotem a kowadłem, po latach pełnej poświęceń, desperackiej walki w obronie swojej tożsamości, przegrali wojnę z resztą świata i zniknęli z kart historii. Tragiczne dzieje tego plemienia - walczącego z Rusią, Krzyżakami i władcami Mazowsza, a jednocześnie nie potrafiącego trwale zjednoczyć się z pruskimi współplemieńcami przeciwko wspólnemu wrogowi - z jednej strony są przestrogą, a z drugiej w pewien dziwny sposób wabią i fascynują.

Niewiele uprawiali ziemi, zajmując się głównie hodowlą, łowiectwem, bartnictwem i... łupieniem sąsiadów. Zamieszkiwali miejsca trudno dostępne, gęste lasy, bagna, tereny między licznymi jeziorami i rzekami. Ulubili sobie przez to taktykę wojny szarpanej, leśne zasadzki i zwodzenie przeciwnika nie znającego terenu. Przez parę stuleci skutecznie walczyli ze wszystkimi, najeżdżając, a z czasem coraz częściej odpierając najazdy wzrastających w potęgę, schrystianizowanych państw ościennych: Rusi, Mazowsza i Zakonu Krzyżackiego.

Wreszcie, doprowadzeni do ostateczności i odcięci od świata, próbowali ratować się sojuszami z Rusią i Prusami. Nie zdało się to na wiele. Pod koniec XIII wieku, po przegranych powstaniach, resztki Jaćwingów zostały przesiedlone przez Zakon Krzyżacki na Sambię, gdzie uległy asymilacji z miejscową ludnością.

Spośród wszystkich Bałtów Jaćwingowie byli najmniej liczni, a jednocześnie najbardziej bitni. Współcześni im kronikarze chrześcijańscy, drżącym piórem opisywali ich jako bezlitosne, pozbawione człowieczeństwa, dzikie bestie. Późniejsi chwalili ich męstwo. Jan Długosz postawił ich (niczym Herodot starożytnych Germanów) w pozycji wzorcowych mitycznych wojowników, pisząc że dziesięciu z nich nie uciekało przed setką innych, lecz walczyli i zwyciężali, gnani szalonym pragnieniem sławy i pamięci u potomnych.

„Nie tknięci chrześcijaństwem” – Jak pisze Bruckner – wierzyli, że duchy ich, po chwalebnej śmierci powracają do świata, w nowych, szlachetniejszych postaciach, by żyć jeszcze lepiej, jeszcze bardziej godnie. Dlatego nie podawali pola. Woleli też, raczej poświęcać swoich jeńców, niż iść na układy z wrogiem. Legenda mówi, że do ostatniej bitwy, kierowani przepowiednią wyruszyli bez broni, aby zabrać ją sobie od zdumionego przeciwnika.


A oto zbrojny w sulicę i pawęż Perkunas, który przy okazji moich rozważań o Jaćwingach postanowił objawić się w rozlanym tuszu.

sobota, 6 listopada 2010

Grodzisko w Haćkach


Haćki to malowniczo położona wieś podlaska, pochodząca z pierwszej połowy XVI w. Jej okolica jest wyjątkowa pod względem przyrodniczym, ale przede wszystkim dzięki swojemu dziedzictwu archeologicznemu. Osadnictwo w tym miejscu datuje się od co najmniej wczesnej epoki żelaza po wczesne średniowiecze.
Znaleziono tu m. in. szereg zabytków brązowych, srebrnych i złotych, łączonych z kulturą przeworską, oraz ceramikę o proweniencji słowiańskiej.
Zalicza się Haćki do najstarszych stanowisk archeologicznych związanych z osadnictwem wczesnosłowiańskim.


Miejsce jest piękne i warto je odwiedzić, choćby ze względu na to, jak prezentuje się w różnych porach roku. Dwa, bardzo charakterystyczne wzniesienia wyraźnie odcinają się od płaskiego terenu, okolonego pierścieniem drzew. Pierwsze z nich jest pochodzenia naturalnego, drugie to grodzisko. Kurhan znajduje się nieco dalej, na południowy wschód, poza terenem widocznym ze szczytu grodziska.


Obozowaliśmy tam, wraz z paroma znajomymi, pewnej zimnej, październikowej nocy. Już po raz drugi, zresztą. Dzień był piękny i słoneczny, nocne niebo pełne gwiazd, a nad ranem dał nam w kość przymrozek.