niedziela, 29 września 2019

Miotacz oszczepów II


Minął rok od kiedy pisałem tutaj o moim poprzednim miotaczu. Całkiem niedawno zdarzyło się coś, co zwykle mi się nie zdarza. Zgubiłem broń. Nie wiem gdzie i nie wiem jak. Ostatnie wspomnienie z nim związane było takie, że odkładając go na jakąś półkę myślałem: "Tutaj z pewnością go zobaczę, kiedy będę się pakował..."
Teraz już go nie ma. Był piękny, ale raczej mało funkcjonalny. Mogę to stwierdzić teraz, mając porównanie do nowego, który zrobiłem, aby ukoić smutek po stracie poprzedniego.


Nowy miotacz powstał na bazie ramienia ze złamanego wiązowego łuku, który w założeniach miał być moim najlepszym dokonaniem łuczarskim. Łuk pękł w trakcie pierwszych testów, ale pożałowałem całego dnia pracy w świetnym wiązowym materiale i zachowałem ramię, które ocalało.

Mój drugi atlatl ma 56,5 cm długości. Za pomocą kleju kostnego dokleiłem do jego rękojeści klocek, który znacznie poprawia wygodę chwytu.

Strzały postanowiłem zrobić krótkie i lekkie, inspirujac się tym przedstawieniem.



Ich długość wynosi około 130 cm. Mają proste opierzenie, pozyskane ze skrzydeł jakiegoś dzikiego ptaka, które znalazłem parę lat temu, porzucone w nieładzie nad brzegiem jeziora Dobskiego.

Konstruując nowe strzały i korzystając ze swoich błędów, tym razem wybrałem leszczynowe drzewca tak, by były jak najbardziej elastyczne.


Przy tak niewielkiej długości strzały ważna jest jej elastyczność. Zdaje się, że ona to właśnie decyduje o zasięgu strzału, umożliwiając zgromadzenie w pocisku odpowiedniej ilości energii.
Zasięg okazał się całkiem zadowalający. Bez rozbiegu i bez wkładania dużej siły w zamach, udaje mi się osiągnąć dystans chyba około 80 metrów. Problemem okazała się wytrzymałość leszczynowych ostrz, które początkowo jedynie opaliłem nad ogniem. Zderzając się z kamieniami często pękały albo tępiły się. Uzbroiłem więc strzały w groty wystrugane z dębu i przykleiłem za pomoca kleju kostnego. Po pierwszych próbach z nimi okazało się, że dwa z pięciu grotów odpadły i zostały w ziemi.

Dębowe grociki przed testem
Pozostałe po teście dębowe grociki
Drewniane groty nie są rozwiązaniem doskonałym, bo z pewnością nie dorównują ostrością choćby krzemiennym, jednak przemawia na ich korzyść przede wszystkim odporność na uderzenia (krzemień szybko by się kruszył), łatwość wykonania i dostępność materiału (tutaj wygrywają z kolei z porożem jelenia). A dopóki nie zamierzam za pomocą tej broni polować, ostre groty nie są mi potrzebne.


Teraz pozostaje odrobinę poćwiczyć, bo do mistrzostwa w atlatlu jeszcze trochę mi brakuje. O ile dosyć łatwo jest tu opanować podstawy, to celne strzelanie wydaje się nieporównanie trudniejsze, niż w przypadku choćby łuku.

Na koniec zapis pierwszych prób z nowym zestawem. Niestety, mimo jakości HD filmu, strzały są w pewnym momencie niemal niewidoczne na tle nieba.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz