poniedziałek, 20 stycznia 2020

Borsuki i nory, bagna i leśne igrzyska

Fot. Adrian Górynowicz

   Było już grubo po zmierzchu, kiedy przemoczeni od deszczu dotarliśmy w pobliże miejsca zgromadzenia. Ziemie plemienia Borsuków porastał gęsty bór i znalezienie wąskiej ścieżki w ciemności nie przyszło nam łatwo. Na domiar złego, zdawało się, że jakieś leśne licho plącze nam nogi i świetnie się bawi, chłoszcząc nas po twarzach gałęziami. Szczęściem, przed drogą zaopatrzyłem się u czarownika w amulet, specjalnie na takie okazje przygotowany. Był to wisiorek zszyty z dwóch kawałków brzozowej kory. Co było w środku, o tym czarownik milczał, a sprawdzać zakazał. Co prawda, zapłaciłem za niego słono, bo aż dwie kunie skórki, ale z pewnością to właśnie dzięki niemu mogliśmy wreszcie odnaleźć ukrytą w gąszczu norę Borsuków, a złośliwe licho zmylić.

- Jesteśmy niemal na miejscu, Hakonie. – Powiedziałem do towarzysza podróży, kiedy dobiegły nas pierwsze odgłosy leśnej osady.

  Zabawa trwała chyba w najlepsze, bo co i rusz w lesie rozlegał się jakiś okrzyk. Poczęliśmy nawoływać w tamtą stronę, licząc, że ktoś może wyjdzie nam na spotkanie. Tak się jednak nie stało i dopiero za czas jakiś dotarliśmy do ukrytej polany. Ujrzeliśmy wtedy, że wokół jednego z ognisk rozsiadła się ze swoim koczowiskiem horda stepowców. Wyglądali niczym dzicy Pieczyngowie, którzy zatrzymali się na chwilę, by wypić swój egzotyczny napar. Kimkolwiek byli, ich napój zdawał się działać dość skutecznie, gdyż niektórzy z nich wpatrzeni już byli w nieokreśloną dal.
  Znać, że późno przybywamy, pomyślałem.

  Nie bacząc na umęczonych biesiadników postanowiliśmy zadbać o własne legowisko. Znalazło się ono w ciepłej i suchej ziemiance, gdzie zasiadał, parząc swoje zioła, myśliwy Radosław zwany Borsukiem, który zachował dla nas dwa miejsca przy palenisku.

- Skosztujcie mojego wywaru, a szybko pośniecie snem mocnym i zdrowym. – Zagadnął wesoło.

  Podziękowaliśmy Borsukowi, lecz nie spieszno nam było jeszcze do snu. Wieczór zapowiadał się długi, bo oczekiwaliśmy wciąż na główne siły Grodów Czerwieńskich, których forpocztę spotkaliśmy zaraz po wejściu do obozu.
  I rzeczywiście, przybycie dawno nie widzianych przyjaciół rozciągnęło wieczór w pobliże poranka. A upłynął on wśród opowieści i wspomnień snutych przy ogniu i przy leśnym stole, pod pełnym księżycem styczniowej nocy.

 Jak dotarliśmy do naszych barłogów, nie pomnę, lecz kiedy róg zagrał na pobudkę, słońce stało już wysoko ponad grubym kożuchem przesłaniających je chmur. Las zaś, zdawał się schronieniem cichym i przyjaznym, niczym domowa izba.

Fot. Adrian Górynowicz

  Tego dnia miało odbyć się leśne igrzysko – główna atrakcja zgromadzenia. Sprawdzano więc broń i ekwipunek, do worków pakowano suchy prowiant, a do bukłaków przelewano napoje. Wojowie i myśliwi gotowali się do wyprawy w puszczę, ostrząc topory, noże i groty włóczni. Ten i ów chwytał drewniany szczyt, który najlepszą stanowi osłonę od strzał i oszczepów. Na głowach kilku połyskiwał zaś kuty szłom. Wśród nich: sławny Sławomir i druh jego Bronisław, znany z gładkiego głosu, którym zwykł skłaniać ku sobie młode serca niewieście, zbyt niewinne, by mogły rozpoznać w nim zręcznego serc łowcę.

Fot. Adrian Górynowicz

  Podzieleni na dwie drużyny, poszliśmy początkowo razem, w leśnej osadzie pozostawiając tylko kilkoro z nas, by strzegli jej przed niedźwiedziem, który, z uwagi na jakże ciepłą zimę, mógł już przecież przetrzeć oczy i nieco zgłodnieć. Chociaż deszcz przestał padać w nocy, to wiadomo było, że po powrocie z harców trzeba będzie ogrzać się i pokrzepić miską ciepłego gulaszu z jelenia. Wraz z paroma innymi gośćmi dołączyłem do oddziału gospodarzy, przeciwko którym stawała załoga Grodów Czerwieńskich.

Fot. Jaco z Drużyny Grodów Czerwieńskich
Fot. Adrian Górynowicz

  Jeszcze przed wyprawą na ziemie Borsuków, wołchw pouczył mnie jak ułożyć się z władcą puszczy, groźnym duchem Leszym, tak, by nie psuł nam szyków i nie działał na szkodę plącząc ścieżki. Wiedzę tę wykorzystałem teraz. Gdy więc zebrani i gotowi do rozpoczęcia igrzysk, stanęliśmy w kręgu na szczycie zalesionego pagórka, odezwałem się słowami, które przekazał mi czarownik.

Gospodarzu leśny, gospodyni leśna
I wy leśne małe dziatki
Udzielcie nam gościny

Nie przez chytrość, nie przez mądrość
Ale dla dobra i zdrowia naszego
Przyjmijcie to jajko

  Ruszyliśmy na szlak różnymi ścieżkami, domówieni możliwe spotkania rozstrzygać orężem. Na tę okoliczność niosłem łuk z kołczanem pełnym strzał. Miałem też nóż i ostry topór, które w leśnych ostępach bliższe są sercu wędrowca niż wspomnienie rodzinnego domu.

  Wódz od razu powiódł nas w stronę rzeki, gdzie zamierzaliśmy odnaleźć jedną z dwóch części zagadkowego skarbu, którego zdobycie stanowiło cel naszej wyprawy.
  Podobnych decyzji spodziewaliśmy się po przeciwnikach.

                                                                               ***

Fot. Jaco z Drużyny Grodów Czerwieńskich

Fot. Jaco z Drużyny Grodów Czerwieńskich

Fot. Jaco z Drużyny Grodów Czerwieńskich

- I pocośmy wleźli w to bagno? Nic tu nie ma, tylko to cholerne czarne błoto!
- Czy ktoś tu pali? A może byśmy zrobili krótką przerwę?
- Źle trafiłeś, nie ma u nas palaczy.
- Ale zaraz... Gdzie się podział nasz zwiadowca?
- Przeskoczył rzeczkę i pobiegł dalej.
- Tu się chyba kończy teren, prawda?
- Tak, poczekajcie tu. Spróbuję go znaleźć.

                                                                               ***

- Wody po kolana, co?
- No, trochę grząsko było...
- I co z nim?
- Nigdzie go nie widać. Próbowałem wołać, ale był już chyba zbyt daleko. Poza tym tamci... Nie ma co się zdradzać z położeniem, mimo wszystko.
- Niezły to zwiadowca, który gubi własnych ludzi.
- Dobra, poczekajmy tu na niego. A tymczasem, wy dwaj idźcie go poszukać nad rzeką.
- Doskonale, to ja sobie tam w krzaczkach zapalę.

                                                                               ***

- Nasz oddział rozproszony jest, tra la, la, la, la...

                                                                               ***

- Teraz to już musimy się pośpieszyć. Depczą nam po piętach!
- Ech, strzeliłoby się coś.
- Jesteś pewien, że rozpoznasz drogę? Latem wszyscy trochę tu błądzili.
- Jestem pewien.
- No, dobra...

                                                                               ***

- Miałeś słuszną koncepcję, muszę przyznać.
- Ku chwale Nory, panie kapralu!

                                                                               ***

  Zapalały się już w gąszczu błędne ogniki, a ślepia głodnej zwierzyny pod świerkami mrugały, gdy zwycięzców powitano w obozie. Ich zmęczone stopy z dostojnym szuraniem ryły w igliwiu i mchu głębokie koleiny. Nie napotkawszy przeciwnika powracali dumnie, przynosząc ze sobą obie części skarbu. Była to broń nowej generacji. Rodzaj łuku, którym jednak nikt z obecnych nie potrafił się posłużyć. Przegrana drużyna przybyła chwilę później, chrzęszcząc wojennym rynsztunkiem, podczas gdy ich adwersarze zdążyli już zzuć zabłocone buty i jęli rozwieszać przy ogniu mokre onuce.

  O igrzysku wspominano niewiele, woląc powierzyć jego skomplikowane analizy historykom przyszłych pokoleń. Pewne było jedno. Wraz z długim zimowym wieczorem, zbliżała się część kulturalno-konsumpcyjna spotkania, czyli wsparte kropelką piwa i miodu popisy bardów, skaldów i gęślarzy, które potrwać miały do późnej nocy. Następnego zaś dnia zamierzono wyłonić najzręczniejszego z myśliwych. Należało więc zgromadzić zapas sił i duchowych natchnień. Ale to już zupełnie inna opowieść.

Fot. Jaco z Drużyny Grodów Czerwieńskich

Autor pragnie podziękować współuczestnikom tej pięknej, świątecznej w swojej atmosferze, imprezy, a przede wszystkim jej organizatorom - Podlaskiemu Stowarzyszeniu Rekonstrukcji Historycznej “Trzaskawica”